Geoblog.pl    arturkr    Podróże    HIMALAJE - Nepal 2010    Island Peak
Zwiń mapę
2010
21
kwi

Island Peak

 
Nepal
Nepal, Chukung
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 10209 km
 
Zegarek oznajmia północ czyli czas pobudki. Wychylam głowę ze śpiwora stwierdzając, że nie jest tak najgorzej z temperaturą. W zasadzie śpimy w tym czym idziemy, brakuje tylko odzieży wierzchniej i butów, które po tylu dniach wędrówki muszą spać w przedsionku.... Otwieram wejście do namiotu. Nie ma więcej jak 5-6 stopni mrozu. W bazie jest bezwietrznie a nad głową cudownie rozgwieżdżone niebo. Obóz śpi. Idę do namiotu Timby zgodnie z umową po śniadanie. Niestety Timba śpi również, ale zbudzony zapewnia, że zaraz wszystko będzie ok. Rzeczywiście zrywają się również nasi porterzy i zanim Maciek i Tomek wygramolą się ze śpiworów i zanim dokończymy wczorajszą herbatę mamy stopniowo przynoszone w częściach nasze śniadanie wraz ze świeżą kawą i herbatą. Ruszamy o 1,30 czyli z półgodzinnym opóźnieniem ale obóz i tak opuszczamy jako pierwsi. Inne ekipy dopiero się budzą. Wraz z przekroczeniem granicy obozu od strony szczytów dochodzi przerażający huk. W pierwszej chwili pomyślałem burza, ale rzut oka na niebo upewnił mnie, że to niemożliwe, poza tym jak na grzmot to było zbyt długie. Gdzieś tam w górze zeszła ogromna lawina a jej huk mam w uszach do teraz. Pierwsze pół godziny to marsz po piargach i niezbyt stromym zboczu. Za nami mrugają światełka czołówek kolejnych ekip wychodzących z bazy. Timba idzie wolno co chwilę robiąc postoje i żłopiąc wodę jak smok wawelski. Na początku to nawet, dobrze myślę sobie bo z Tomkiem mamy zazwyczaj wolne tempo pod górę ale Maciek wyraźnie się męczy. Im wyżej tym gorzej bo zaczyna wiać bardzo zimny wiatr i w takim tempie trudno utrzymać ciepłotę ciała i zaczynamy marznąć. Dogoniły nas już dwie ekipy. W zasadzie nie mam nic przeciwko temu bo przynajmniej nie będziemy z tym pierdołą pierwsi a nie wiem czego się spodziewać..... Po 2 godzinach dochodzimy do obozu wysokościowego, którego zgodnie z zapewnieniami Timby miało nie być a tu proszę stoi z 10 namiotów z których właśnie wychodzą kolejni chętni do szczytu. Znowu jakieś matactwa Timby...?
Po kolejnej godzinie wchodzimy w skałę. Trudności większych nie ma ale kijki trzeba schować bo potrzebne są ręce do wspinaczki. Czasami czuję się ekspozycje ale jest ciemno i może lepiej, że nie widać co w dole.. Po 3 i pół godzinach dochodzimy do platformy na której ekipy prowadzące zaczynają ubierać się w uprzęże i kompletować sprzęt i liny. Noc łamie się właśnie z dniem i z mroku wyłaniają się spływające jęzory lodowca. Ubieramy się jeszcze po ciemku, ale kiedy związani już liną czekamy na swoją kolej wejścia na lodowiec robi się zupełnie jasno. Idziemy jako 4 czy 5 zespół ale dwa przed nami składające się ze starszych Angoli strasznie się grzebią i przy pierwszej okazji gdy robi się szeroko i nie ma już szczelin wyprzedzamy ich. Podejście lodowcem przez kolejne drabinki do ściany zajmuje jakieś 30-40 minut. Słońce zaczyna doganiać nas na stoku. Tomek idzie za mną. Jakoś długo się nie odwracałem a to co ujrzałem teraz wprawia mnie w konsternacje. Tomek idzie bez większego problemu, ale kolor twarzy ma taki jak w czasie „ostatniej drogi”. Pytam go o samopoczucie i słyszę, że bardzo dobrze. Zastanawiam się czy to być może zarzucony kaptur sprawia jakieś dodatkowe złudzenia kolorystyczne ale to chyba niemożliwe. Tomek ma ziemistą twarz jakby cała krew została gdzieś niżej. Upewniam się jeszcze raz , że wszystko jest OK i kontynuujemy marsz do ściany. Kiedy rozwiązujemy się z lin i przygotowujemy do wspinaczki indywidualnej słońce zaczyna grzać coraz bardziej i Tomek zdecydowanie wraca kolorami twarzy do żywych. Pierwsze metry poręczówek prowadzą po prostej ściance o nachyleniu nie większym niż 50-60 stopni. Później jest już różnie, nawet i pion. Ogólnie ostatnia ścianka ma około 200 m i nie jest trudna. To co przeszkadza mi szczególnie to fakt, że nie mam zimowych butów a wypożyczone raki są beznadziejnej jakości i czuję, że nie mam nad nimi kontroli. Idę za Maćkiem. W pewnej chwili znajduję półkę na tyle dużą by się na niej usadowić i zrobić coś z tymi rakami. Ściągam plecak, siadam, wypinam się z poręczówki by nie blokować wejścia kolejnym i stwierdzam, że zrobiłem największe głupstwo jakie mogłem zrobić. Nie mam żadnego ale to żadnego zabezpieczenia i nie jestem w stanie zrobić najmniejszego ruchu, nie mówiąc już o zdjęciu czy poprawianiu raków. Teraz półka wydaje się zdecydowanie za mała do tego co potrzebuje zrobić. Czekam na Tomka, który ponownie wpina mnie w zabezpieczenie. Niby nic się nie zmieniło w mojej pozycji, ale teraz już spokojnie ściągam lewy i prawy rak zmniejszając ich rozmiar i na siłę wciskając na buty. Niestety przynajmniej na 10 minut blokuję wyjścia do góry. Po godzinie jesteśmy w komplecie na platformie przed szczytem. Wejście na samą górę wiedzie eksponowaną granią również zabezpieczoną poręczówką. Czekamy na schodzących aby ich dodatkowo nie stresować i ruszamy ostatnie 100 m. Punktualnie o 8.00 po sześciu i półgodzinach stajemy na przeciw czochranych przez wiatr białych włosów Lhotse. Jesteśmy na wierzchołku Island Peak. Niby nic. To tylko 6200 m npm. ale naprawdę cieszymy się tą chwilą. Jest cudownie cicho dookoła. Przed nami ściana Lhotse. Po drugiej stronie morze gór z wyraźną sylwetką Ama Dablam a na wschodzie kopułowy Makalu. Jak okiem sięgnąć góry i doliny. Cudownie. Siedzimy na szczycie z pół godziny wykonując w międzyczasie mnóstwo zdjęć zarówno sobie jak i okolicy. Znowu w użyciu są firmowe flagi. Mamy też dużą od Timby z logiem firmy organizującej nam pobyt. Zastanawiamy się czy na pewno chcemy takie zdjęcie, ale przecież Shizen Trek to również poprzednie 17 dni a te były całkiem udane. Nacieszywszy się widokami do woli ruszamy w dół. Po chwili jesteśmy na platformie. Szykujemy się do zjazdów do podstawy ściany. Wszyscy inni zjeżdżają osobną liną. My zgodnie z poleceniem Timby mamy się wpiąć w tą po której wychodziliśmy. Jak dla nas to kompletny bezsens. Nie dość, że ma przynajmniej 5-6 zmian to jeszcze cały czas wychodzą po niej ludzie i trzeba się dodatkowo przepinać. Na pewno nie przyspieszy to rozładowania kolejki do zjazdu na górze a już na pewno nie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa naszego i wychodzących. Myślę, że w ten sposób Timba po części zemścił się na nas za wszystkie uwagi. Ruszamy po kolei. Maciek pierwszy, ja za nim na końcu Tomek. Maciek jedzie na swoim sprzęcie, więc go zna. Ja mam wszystko nowe. Karabinki ciężko chodzą bo mają dodatkowy system zabezpieczenia ( taki nieznaczny ruch w dół) przed otwarciem. W efekcie podjeżdżam zbyt blisko wspinającego się Szerpy i mamy problemy z przepięciem. Pomaga mi jak może i kończy się na tym, że jego czekan spada w dół. Wprawdzie twierdzi, że nic się nie stało ale mnie jest głupio. Znowu mam ochotę zabić Timbę bo wszystko to było zupełnie niepotrzebne. Docieramy szczęśliwie do podstawy ściany i czekamy ponad 30 minut na Timbę. Kiedy wchodzimy na lodowiec widzimy go całkiem wysoko, zajmującego się obsługą innych zjeżdżających. Wygląda na to, że nie ma co na niego czekać. Ruszamy powoli w dół przechodząc drabinki i szczeliny bez żadnego zabezpieczenia bo lina jest u Timby w plecaku. Udaje nam się dobrnąć szczęśliwie do końca lodowca i rozebrać z uprzęży oraz wszystkiego co nie będzie nam już potrzebne. Pojawia się też Timba ale nikomu z nas nie chce się z nim już rozmawiać. Po pierwsze chyba jest to już zbyteczne po drugie i tak po chwili już śpi w ciepłych promieniach słonecznych. Posilamy się krótko i ruszamy w dół kompletnie nieznaną sobie drogą wybieraną trochę na wygląd, trochę na czuja. Czas ucieka, siły uciekają. Do góry szło się dobrze teraz brak motywacji do kolejnych kroków. Nogi się plączą, trzeba cholernie uważać. Zejście do bazy zajmuje aż 4,5 godziny. Wydaje się, że ta droga nie ma końca. Góra wyssała z nas ostatnie siły. Wczoraj po przyjściu do bazy obserwowaliśmy wracających zastanawiając się skąd u nich brak sił i radości po zdobyciu szczytu. Dzisiaj sami tego doświadczamy. Kiedy po 11 godzinach od wyjścia dochodzimy do namiotów chłopaki ( porterzy) czekają na nas już z napojem energetycznym i zupą. Pijemy, jemy a w zasadzie to już śpimy. Umawiamy się z nimi na godzinną drzemkę. Jeszcze dobrze nie zasnęliśmy, przynajmniej tak się nam zdaje a już trzeba wstać, zapakować plecaki i ruszyć w drogę powrotną do Chukung. Pod górkę zajęło nam to 2 godziny, teraz z górki idziemy 2 i pół. To znaczy ja i Tomek bo Maciek choć zmęczony jest poza wszelkimi normami i dociera tam pierwszy. Kiedy wchodzimy na podwórko moczy już nogi w ciepłej wodzie. Kolacja i spać choć dopiero dochodzi 17.00 Potwornie zmęczeni choć bardzo szczęśliwi lądujemy w pokojach. Dalej jest tak jak napisałem na początku. Chłopaki zasypiają a ja staram się na gorąco sklecić opis ostatnich dni ... ale korekty dokonam już jutro, bo oczy już mi się kleją.

Aha i jeszcze jedno. To, że wszedłem na szczyt zawdzięczam wyłącznie postawie Maćka i Tomka. Gdyby choć w najmniejszym stopniu któryś z nich podzielił moje obawy co do wszystkich opisanych sytuacji byłbym zapewne teraz mniej zmęczony ale jednocześnie wściekły na siebie, że zapalające się w mojej głowie żółte i czerwone światełka sprawiły, że podjąłem decyzję o wycofaniu się. Nie zrobiłem tego i za to im bardzo dziękuję.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
wiza do Nepalu
Wybierasz się tam? Będzie ci potrzebna wiza do Nepalu. W Geoblogu możesz ją zamówić z dostawą do domu! Zobacz cenę wizy do Nepalu, oferujemy najniższe stawki pośrednictwa w uzyskaniu wiz.
Zdjęcia (40)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (2)
DODAJ KOMENTARZ
Krzysiek
Krzysiek - 2010-04-23 18:37
Nieźle, chyba warto było :)
 
Mario
Mario - 2010-04-24 13:04
Artur... gratulacje... nic dodac nic ujac...
 
 
arturkr
Artur Kr
zwiedził 4.5% świata (9 państw)
Zasoby: 75 wpisów75 64 komentarze64 2156 zdjęć2156 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
03.07.2014 - 21.07.2014
 
 
02.04.2010 - 20.01.2011
 
 
12.02.2009 - 12.03.2009